drewniane domy - Samsonite sklep - catering - Tarcze diamentowe - szóstka weidera - projektowanie mieszkań kraków - koparko ladowarki - domy z drewna - Catering Gdańsk - prezenty na walentynki - papier firmowy

sklepów pozycjonowanie firm | phpbb3 styles Opowieść wojenna

Ferelne lądowanie

wrzesień 22nd, 2008

Jack widział, jak prom sunie po niebie, wlokąc za sobą wstążki dymu z bocznych dysz. Wykonując ostatni zwrot, by zrównać się z pasem lądowania, wyglądał jak jasna srebrna drzazga. Jego entuzjazm podzielało ponad trzydziestu mechaników obsługi naziemnej. Każde lądowanie wahadłowca jest wielkim świętem, sukcesem, który głęboko porusza ludzi, obserwujących je z ziemi. Wszystkie oczy zwrócone były teraz w niebo, wszystkie serca biły przyspieszonym rytmem, wszyscy patrzyli na tę srebrną drzazgę, na ich maleństwo, szybujące w stronę lądowiska. Jack wlepił wzrok w zbliżający się prom. Leciał zaledwie sto stóp nad ziemią z szybkością trzystu mil na godzinę. Nie było widać kół. W tłumie zapadła nagle martwa cisza. Świąteczny nastrój ustąpił miejsca niedowierzaniu i zgrozie. Opuśćcie je! Opuśćcie podwozie!  Prom znajdował się siedemdziesiąt pięć stóp nad pasem, szedł idealnym kursem. Dziesięć sekund do lądowania. Tylko ktoś z załogi mógł opuścić podwozie. Żaden komputer nie mógł przesunąć dźwigni, nie mógł wykonać tego, co wymagało udziału ludzkiej ręki. Żaden komputer nie mógł ich uratować. Pięćdziesiąt stóp. Prędkość nadal wynosiła dwieście mil na godzinę. Jack nie chciał oglądać tego, co się zaraz wydarzy, lecz nadal stał jak zahipnotyzowany. Nie był w stanie odwrócić wzroku. Widział, jak pierwszy uderza o ziemię ogon, wzniecając deszcz iskier i wyrzucając w górę potrzaskane płytki termiczne. Usłyszał krzyki i jęki obsługi naziemnej, gdy dziób Discovery rąbnął o pas. Prom zaczął przechylać się na bok, zostawiając za sobą wir szczątków. Jedno ze skrzydeł oderwało się i przecięło powietrze niczym czarna kosa. Prom sunął dalej po ziemi z ogłuszającym zgrzytem. Po chwili odłamało się i roztrzaskało na kawałki drugie skrzydło. Discovery zsunął się z pasa na pustynię i w górę wzniosła się ogromna chmura pyłu, zasłaniając na moment widok. Jackowi puchły uszy od krzyków mechaników, sam nie był jednak w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku ani się poruszyć; wstrząs sparaliżował go do tego stopnia, że miał wrażenie, iż opuścił własne ciało i unosi się niczym duch w jakimś koszmarnym wymiarze. A potem chmura kurzu zaczęła opadać i zobaczył prom, który leżał niczym ranny ptak pośród straszliwego pejzażu potrzaskanych części. Obsługa naziemna nagle obudziła się z letargu. Zagrały silniki, Jack i Bloomfeld skoczyli do ambulansu, który podskakując na wybojach pomknął ku miejscu katastrofy. Przez ryk silników konwoju Jack usłyszał inny dźwięk, świdrujący i złowieszczy. Helikoptery również wystartowały. Ambulans gwałtownie zahamował. Jack i Bloomfeld, obaj z zestawami pierwszej pomocy w rękach, wyskoczyli w chmurze pyłu na ziemię. Od Discovery dzieliło ich jeszcze sto jardów. Helikoptery zdążyły już wylądować, formując krąg wokół promu. Zagradzając drogę konwojowi. Jack zaczął biec w stronę wahadłowca, gotów dać nurka pod wirującymi łopatami wirników. Zatrzymano go, zanim dotarł do pierwszego z helikopterów.

1,5 minuty

wrzesień 22nd, 2008

Randy Carpenter po raz pierwszy pozwolił sobie na nieśmiały optymizm. Wiedział, że potrafi sprowadzić Discovery na dół. Jeśli nie dojdzie do jakiejś fatalnej awarii komputera, byli w stanie kierować promem z Ziemi. Najważniejsza była Jill Hewitt. Musiała pozostać przytomna, żeby wcisnąć w odpowiednim czasie dwa przyciski. Podczas ostatniego kontaktu radiowego przed dziesięcioma minutami wydawała się przytomna, choć bardzo cierpiała. Była dobrym pilotem, zahartowanym przez lata spędzone w lotnictwie marynarki wojennej. Nie wolno jej tylko było stracić przytomności. Reguł był rosyjskim systemem radiowym zamontowanym na pokładzie stacji kosmicznej, całkowicie niezależnym od amerykańskiego. Funkcjonował w oparciu o rosyjskie stacje naziemne oraz ich satelitę ŁUCZ. Carpenter poczuł, jak ogarnia go coraz większy optymizm. Jego pulchne palce zacisnęły się triumfalnie w pięść. Carpenter natychmiast skupił całą uwagę na promie. Ucieszyły go wiadomości o ISS, ale był odpowiedzialny przede wszystkim za Discovery. Mijały minuty. Mijało zbyt wiele minut. Carpenter znowu miał wrażenie, że tańczy na skraju przepaści. Straciliśmy ją, pomyślał Carpenter. I wtedy właśnie usłyszeli jej głos. Słaby i drżący. CAPCOM odetchnął z ulgą tak głośno, że wszyscy to usłyszeli. Carpenter znowu pozwolił sobie na oddech. I na cień nadziei. Minuta i trzydzieści sekund do lądowania. Wahadłowiec leciał teraz z prędkością 600 mil na godzinę na pułapie 8000 stóp i szybko opadał. Piloci nazywali go ?latającą cegłą? ? ciężki, pozbawiony silników, szybował na wąskich, deltowatych skrzydłach. Nie było mowy o jeszcze jednej szansie, o poderwaniu maszyny w górę i ponownej próbie. Prom musiał wylądować, twardo lub miękko.

Śmigłowce

wrzesień 22nd, 2008

Na położonym na wysokości 4093 stóp poligonie rakietowym White Sands powietrze jest suche i rozrzedzone. Pas lądowania biegnie przez wyschnięte dno morza w pustynnej dolinie pomiędzy górskimi pasmami Sacramento i Guadalupe na wschodzie oraz San Andres na zachodzie. Najbliższym miastem jest Alamagordo w stanie Nowy Meksyk. Na spalonej słońcem jałowej ziemi może przetrwać tylko najbardziej odporna pustynna roślinność. Przez dłuższy czas mieściła się tu baza szkoleniowa pilotów myśliwców. W ciągu dziesięcioleci użytkownicy terenu parę razy się zmieniali. W latach drugiej wojny światowej funkcjonował tutaj niemiecki obóz jeniecki. W pobliżu znajduje się także Trinity Site, miejsce, gdzie Stany Zjednoczone zdetonowały pierwszą bombę atomową, skonstruowaną w Los Alamos w Nowym Meksyku. W pustynnej dolinie stoją ogrodzenia z drutu kolczastego i nieoznakowane budynki rządowe, z których przeznaczenia nie zdają sobie sprawy nawet mieszkańcy pobliskiego Alamagordo. Przez lornetkę Jack widział pas lądowania, nad którym falowało rozgrzane powietrze. Pas 11/34 biegł prawie dokładnie z północy na południe. Miał piętnaście tysięcy stóp długości i trzysta szerokości ? dosyć, by przyjąć najcięższe odrzutowce, które w takiej rozrzedzonej atmosferze wymagają dłuższej drogi startu i lądowania. Jack wraz z zespołem medycznym oraz niewielki konwój pojazdów NASA i United Space Alliance czekali na przylot Discovery po zachodniej stronie lądowiska. Mieli nosze, tlen, defibrylatory, zestawy ACLS ? wszystko, a nawet więcej niż można znaleźć w nowoczesnym ambulansie. Gdyby prom lądował w Ośrodku Kennedy?ego, obsługa naziemna liczyłaby ponad sto pięćdziesiąt osób. Tutaj, na tym pustynnym pasie, było ich nie więcej niż trzy tuziny, w tym osiem osób personelu medycznego. Kilku ludzi z obsługi miało na sobie hermetyczne kombinezony ochronne, które zabezpieczały ich przed wyciekiem paliwa. To oni pierwsi mieli wejść na pokład wahadłowca i przed wpuszczeniem tam lekarzy i pielęgniarek upewnić się szybko przy użyciu określających skład atmosfery sensorów, czy nie zachodzi niebezpieczeństwo wybuchu. Dobiegający z oddali huk sprawił, że Jack opuścił lornetkę i spojrzał na wschód. Zbliżały się stamtąd helikoptery, tak liczne, że wyglądały jak złowrogi rój czarnych os. Wszyscy członkowie personelu naziemnego gapili się w niebo, mrucząc z niedowierzaniem. Huk silników był coraz potężniejszy. Jack czuł go teraz w kościach: głęboką i nieustanną wibrację w mostku. Śmigłowce naruszyły przestrzeń powietrzną zarezerwowaną dla wahadłowca. Za kilkanaście minut Discovery sfrunie z nieba i znajdzie je na swojej drodze. Słyszał, jak szef konwoju mówi coś podenerwowany do mikrofonu. Jack podniósł do oczu lornetkę. Naliczył prawie tuzin śmigłowców. Rzeczywiście przestały się zbliżać i lądowały teraz niczym stado sępów na wschód od miejsca lądowania wahadłowca. Do końca ciszy radiowej pozostały dwie minuty. Do lądowania piętnaście.

Ślepość

wrzesień 22nd, 2008

Thinkpad wciąż unosił się tam, gdzie go zostawił w Węźle numer 1. Zerkając na ekran, szybko wystukał szereg komend. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy wycie ucichło. Przestały również migotać czerwone lampki; panele ostrzegawcze jarzyły się teraz żółtym światłem. Nie musieli przynajmniej krzyczeć, żeby się ze sobą porozumieć. Alarm trzeciego stopnia mógł oznaczać trzy rzeczy: zepsuł się zapasowy komputer naprowadzający, nie działał jeden z żyroskopów sterowniczych albo nie mieli połączenia radiowego z kontrolą misji. Griggs znowu postukał w klawisze. Diana uruchomiła już nadajnik UKF, za pomocą którego komunikowali się z promem. A może wszyscy zginęli i dlatego nie odpowiadają? Griggs zaczął znowu stukać w klawiaturę. Doskonałość ISS polegała między innymi na tym, że wszystkie funkcje były tu dublowane. Każde z łączy energetycznych miało dostarczać prąd do określonych systemów, jednak te same łącza, jeśli zachodziła taka konieczność, mogły zostać zrekonfigurowane, ?zwarte na krótko?. Stracili jeden moduł fotowoltaiczny, lecz mogli się podłączyć do trzech innych. Jill Hewitt rzęziła z bólu. Każdemu wciśnięciu guzika na panelu kontrolnym towarzyszyły krótkie sapnięcia. Jej głowa przypominała dojrzały do pęknięcia melon. Pole widzenia zwęziło się. Miała wrażenie, że patrzy w głąb długiego czarnego tunelu i że kontrolki znajdują się prawie poza jej zasięgiem. Całą siłą woli zmuszała się do skoncentrowania uwagi na każdej dźwigni, którą trzeba było przesunąć, na każdym przycisku uciekającym spod jej palca. Teraz starała się odczytać dane wskaźnika położenia. Cyfry wirowały wściekle w obudowie czytnika. Nic nie widzę. Nie potrafię odczytać przechyłu i odchylenia kierunkowego, pomyślała. Jill zerknęła na panel i wyciągnęła dłoń, ale miała wrażenie, że całe jardy dzielą ją od przełącznika. Jej drżący palec dotknął w końcu przycisku. Wahadłowiec pilotowały teraz komputery. Nie ufała sobie. Nie wiedziała nawet, jak długo uda jej się zachować przytomność. W polu jej widzenia zamykały się połykające światło czarne tunele. Po raz pierwszy od dłuższego czasu słyszała szum powietrza owiewającego kadłub, czuła siłę ciążenia wciskającą jej ciało w fotel. CAPCOM milczał. Znajdowała się teraz w strefie komunikacyjnej ciszy. Mknąc z ogromną szybkością przez atmosferę, prom wyrywał elektrony z cząsteczek powietrza. Elektromagnetyczna burza zatrzymuje fale radiowe, przerywa jakąkolwiek łączność. Przez następne dwanaście minut Jill słyszała tylko huk powietrza. Nigdy jeszcze nie czuła się tak bardzo samotna. Poczuła, jak autopilot wprowadza prom w pierwszy przechył, kładąc go na burtę i zmniejszając szybkość. Wyobraziła sobie jasny blask za szybami kokpitu. Czuła żar grzejący niczym promienie słońca jej twarz. Otworzyła oczy. I zobaczyła przed sobą tylko ciemność. Gdzie są światła? Gdzie jest linia za oknem? Zamrugała raz i drugi. Potarła gałki oczu, chcąc zmusić siatkówki do reakcji na światło. Wyciągnęła rękę w stronę panelu. Jeżeli nie naciśnie odpowiednich przełączników, jeżeli nie uruchomi systemu przyrządów pokładowych i nie opuści podwozia, Houston nie zdoła posadzić wahadłowca na pasie. Nie zdoła sprowadzić jej żywej na Ziemię. Przesuwając bezradnie palcami po przyciskach i kontrolkach, zawyła z rozpaczy. Była ślepa.

Nóż

wrzesień 22nd, 2008

Gdzie, do diabła, jest jakiś nóż? Jej wzrok padł na szafkę medyczną. Wysunęła szufladę, złapała z tacki z instrumentami skalpel i wróciła do Węzła numer 2. Griggs zaczął przecinać kabel. Emma odwróciła się i zobaczyła wszystkich troje Luthera, Nikołaja i Dianę unoszących się przy włazie. Z kabla strzeliły nagle fajerwerki iskier. Griggs wrzasnął z bólu i odskoczył do tyłu. Griggs spojrzał na sypiący iskrami kabel. Nie chciał odcinać Węzła numer 2, ponieważ oznaczało to utratę obu modułów, NASDA oraz europejskiego. Po rozhermetyzowaniu staną się kompletnie bezużyteczne. Oznaczało to również utratę modułu cumowniczego, do którego można się było dostać wyłącznie przez Węzeł numer 2. Emma czuła, że zaczyna łapać kurczowo powietrze. Niedotlenienie. Jeśli szybko czegoś nie zrobią, wkrótce wszyscy stracą przytomność. Złapała Griggsa za ramię. Griggs pokiwał sztywno głową i cofnął się wraz z Emmą do laboratorium amerykańskiego. Luther starał się zatrzasnąć luk, ale nie był w stanie w ogóle go poruszyć. Teraz, gdy znaleźli się na zewnątrz, musieli ciągnąć pokrywę luku, a nie pchać. Walczyli z prądem uciekającego powietrza przy gwałtownie spadającym ciśnieniu. Griggs złapał za uchwyt i pociągnął z całej siły, ale pokrywa przesunęła się zaledwie o kilka cali. Wyskoczył z laboratorium i skierował się w stronę rosyjskiej części stacji. Mir. Wszyscy od razu domyślili się, o czym mówi. W roku 1997 doszło do kolizji statku Progress z modułem Spektr. Z wyrwy w kadłubie Mira zaczęło wyciekać w kosmos drogocenne powietrze. Rosjanie, mający o wiele większe doświadczenie w zakresie załogowych stacji kosmicznych, wiedzieli, jak temu zaradzić: trzeba było zasilić wyciek. Wtłoczyć dodatkowy tlen do modułu, żeby podnieść w nim ciśnienie. To nie tylko dawało im więcej czasu, ale mogło także zmniejszyć gradient ciśnienia i dzięki temu ułatwić zamknięcie luku. Nikołaj wrócił do laboratorium z dwiema butlami tlenu i szybko odkręcił zawory. Mimo że przez cały czas wyły syreny, usłyszeli wyraźnie syk gazu. Nikołaj cisnął obie butle do Węzła numer 2. Zasilając wyciek, zwiększali ciśnienie po drugiej stronie włazu. Równocześnie jednak tłoczyli tlen do modułu z przeciętym kablem. To może się skończyć eksplozją, pomyślała Emma, przypominając sobie snopy iskier. Luther i Griggs złapali razem za uchwyt i pociągnęli. Nie wiadomo, czy spowodowała to ich wspólna desperacja, czy też butle rzeczywiście zmniejszyły gradient ciśnienia po obu stronach luku. Tak czy inaczej, właz zaczął się powoli zamykać. Griggs zatrzasnął go. Przez chwilę wisieli obaj bezwładnie w powietrzu, zbyt wyczerpani, by się odezwać. Potem Griggs odwrócił się do reszty załogi; jego zlana potem twarz lśniła w migających światłach.